wtorek, 21 marca 2017

NIEZŁOMNA

Pewnie nie zdążyliście zatęsknić za mną, ale ja za Wami i za pisaniem owszem. Wracam z miniaturką, która jest co najmniej przerażająca, ale chyba mnie satysfakcjonuje. 
Tylko dla osób o mocnych nerwach. Mam nadzieję, że Was nie zawiodę, bo trochę wyszłam z wprawy.
Pozdrawiam i dobrej lektury - Lilka

Natasha Romanova (29 lat) “Niezłomna”


Profesja:  płatna zabójczyni


Kartoteka: ________________________________________


Lista grzechów:
  • kłamstwo
  • manipulacja
  • morderstwo
  • szantaż
  • cudzołóstwo
  • porwanie
  • prześladowanie
  • tortury

Cechy:
  • niepozorna
  • zawistna
  • nieznosząca sprzeciwu
  • uparta
  • inteligentna
  • apatyczna
  • z beznadziejnym poczuciem humoru
  • sarkastyczna
  • wytrzymała
  • cierpliwa
  • stroniąca od miłości
  • zafascynowana nordycką mitologią

Motto:
“Cel uświęca środki - zawsze”


Ulubiona broń:  dobrze wyważony, krótki sztylet


Więzi:  bardzo związana ze swoim ulubionym sztyletem, którym zadaje tylko śmiertelne ciosy


Słaby punkt:  jedyna niechwalebna blizna na brzuchu

wygląd:
ciemne, gęste włosy do ramion, zawsze splecione w luźny warkocz
duże, zielone oczy w ciemnej oprawie
bladoróżowe usta
jasna cera
głęboka blizna na policzku
niewysoka, drobna, wysportowana




Głuchy trzask rozległ się w opuszczonej hali produkcyjnej. Po nim elektryczność zaczęła bzyczeć, a kolejne światła się zapalały. Wiszące wysoko, zakurzone lampy raziły białym, niewyraźnym światłem. Niektóre z nich dekoncentrowały, mrugając. Natasha czujnie wytężyła wzrok. Skuliła się w ciemnym kącie i, czekając na odpowiedni moment, wyciągnęła matowe ostrze.
Huk! Światła zgasły. Tasha wyprostowała się, ale było już za późno. Nadziała się na lufę. Nim zdążyła się odwrócić, męskie, silne ramię zacisnęło się na jej szyi. Śmierdziało tytoniem i drogimi perfumami. Na miejscu lufy pojawiła się klatka piersiowa jej napastnika, a przed oczami czarna plama, bo metal uderzył ją o skroń. Padła jak długa, bo nikomu nie zależało, by uchronić ją od upadku.

DZIEŃ 1.


- Te, królewna, budź się! - ktoś ryknął jej prosto do ucha. Romanova chciała kopnąć mężczyznę, ale więzy na kostkach jej to utrudniły. Podobnie z tymi na nadgarstkach, które w dodatku przymocowano do sufitu. Wisiała nago jak świnia którą zaraz będą ćwiartować.
Splunęła mu prosto w twarz.
- Zważaj sobie, bo oddasz mi się wcześniej, niż planowałem, lubię niegrzeczne - warknął.
- Ładnie to tak pieprzyć własność ojca? - zaszydziła.
- Czego tu szukasz? - przejechał palcem po jej bliźnie na brzuchu. - Mój tatulek nie pomoże - zakpił. Natasha spojrzała prosto w jego zielone oczy. Można było w nich utonąć, zatopić się bez możliwości wypłynięcia na wierzch. Ich zieleń wionęła jadem. Były niczym kwas, który niszczy wszystko. Ją też próbował zniszczyć, złamać, strawić, ale jej się nie dało. Niezłomna - tak ją kiedyś nazwał Georgiev (jej ówczesny najgorszy koszmar), kiedy po kilku dniach wstrętnych tortur nie pisnęła ani słowa, poza tym, żeby się pierdolił. Tydzień później syn Georgieva gryzł już piach, a on sam wycofał się bardzo z branży.
- Tatulek jest mi niepotrzebny. Z kimś takim świetnie poradzę sobie sama - syknęła. Jej ramiona były napięte, ale twarz bardzo rozluźniona. Jakby nie wkładała żadnego wysiłku w grymas pełen obrzydzenia. Jakby coś, co zrobił mężczyzna albo ktoś mu bliski było już tak ohydne samo w sobie.
- W takim razie dopóki mi nie wyśpiewasz pobawimy się w piniatę - wyszczerzył białe zęby w szyderczym uśmieszku. - Do utraty przytomności czy do znudzenia?
Nie czekając na jej odpowiedź rzucił w nią pierwszą-lepszą metalową rurą jaką miał pod ręką. Trafił w klatkę piersiową. Liczył chociaż na syk, ale nic takiego nie usłyszał. Jedyną satysfakcję dawała mu opuchlizna. Złapał za inny kawałek starej instalacji hydraulicznej, tym razem zardzewiały i zniszczony, z odstającymi kawałkami. Podszedł do niej na odległość wyciągniętej ręki i zanim zaczął robić cokolwiek sięgnął między jej nogi. Próbował sprawić jej przyjemność, a Tashy rosła gula w gardle. Miała ochotę wymiotować.
- Odpręż się, Skarbie, bo wcześnie się nie skończy, a im bardziej się odprężysz, tym dłużej będziesz przytomna podczas naszej małej zabawy - jeszcze intensywniej zaczął dotykać jej miejsc intymnych. Bawił się jej łechtaczką, wkładał palce do pochwy, wiedział dobrze, że im głębiej i więcej włoży, tym bardziej ją to zaboli. Robił wszystko gwałtownie i niedelikatnie, szarpał, szczypał, wykręcał, wpychał na siłę. Czekał tylko aż polecą pierwsze strużki krwi. Popłynęły przy pięści, w momencie, w którym jego wielka pięść była w środku. Wyciągnął ją, poklepał po sromie Romanovą i uśmiechnął się krzywo.
- Tatulek musiał cię nieźle rżnąć, mała suko, dużo wytrzymałaś - upajał się jej widokiem. Samo oglądanie jej, nie mówiąc o dotykaniu, sprawiało mu przyjemność. Nie potrafił tego przed nią ukryć. Jego penis stał na baczność krępowany materiałem bokserek i spodni.
- Zazdrościsz mu - powiedziała triumfalnie.
- Łżesz - warknął.
- Twój kutas mówi mi coś innego.
Wściekł się. Bez opamiętania tłukł ją zardzewiałą rurą. Nie zwracał uwagi na jej pojękiwanie, ani na krew, która wylewała się z rozcięć, ani na krwiaki, które powodował, ani na trzaski, które oznaczały łamane i pękane kości. Najobrzydliwsze było to, że jego to podniecało, że już nie mógł się doczekać aż weźmie ją tak jak tylko on chce. Zamachnął się za mocno i uderzył za wysoko, a ona za wcześnie wypadła z gry w piniatę. Bił ją jeszcze przez chwilę, dopóki nie zadzwonił jego ojciec. Pan Ivanov szukał swojej ulubionej zabawki, a jego syn musiał pomóc mu znaleźć albo ją, albo idealne zastępstwo.

DZIEŃ 2


Już nie wisiała jak świnia. Teraz spała na stojąco, opierając się na koźle. Nagdarstki spięto jej kajdankami pod spodem tak, że nie miała możliwości ułożenia się w bardziej komfortowej pozycji. I tak wszystko lepsze, niż wiszenie jak prosię. Jedna pobudka nie mogła się równać drugiej. Dziewczyna wrzasnęła z bólu i zaskoczenia, kiedy tylko poczuła jak coś wbija jej się w odbyt. Zimne palce mocno zacisnęły się na talii Romanovej. Posunięcia stawały się coraz mocniejsze. Dziewczyna czuła jak pękają jej naczynia krwionośne. Nieznośne sapanie oprawcy nad uchem ani trochę nie pomagało. Twardy drągal wypełniał ją całą od środka, żeby po chwili nie czuła nic, nic poza ciepłą spermą wypływającą na uda szatynki, rozdartą na strzępy dumą i wielką plamą na honorze.
- Naprawdę zazdrościsz swojemu ojcu - powiedziała pewnie, przezwyciężając odruch wymiotny. Splunęła przed siebie. Młody Ivanov nie podszedł bliżej jej twarzy. Opierał się o Natashę, wciąż uspokajając oddech. - Ale tak szybko Ci poszło, że nie dziwię się, że mu zazdrościsz - warknęła. Zrobiła to jakby prosiła się o więcej, drażniła go. Jednego mogła być pewna: jeśli zamierza się tak dziś bawić, ona mu tę zabawę prosto popsuje.
- Tak bardzo chcesz więcej? Poczekaj trochę, ja jeszcze nie skończyłem.
W ramach chwili odpoczynku, dla niego oczywiście, chwycił stary, krótki kabel. Smagał nim jak biczem, najpierw w powietrzu, a później po nagim ciele Romanovej. Po krótkiej chwili na jej plecach pojawiła się krew, a parę minut później zahartowana skóra odrywała się już od mięśni. Kiedy uznał, że wygląda to już wystarczająco obrzydliwie, odrzucił przewód i polał ją spirytusem. Odkażane rany zapiekły niemiłosiernie. Szatynka wrzasnęła gardłowym głosem. Przecież wytrzyma, powtarzała sobie, przeszła już gorsze rzeczy mówiła. A jednak to bolało prawie jak te godziny gwałtów, prawie tak jak ta pseudo-aborcja, której dopuścił się stary Ivanov.
- Nie masz już dosyć, mała pizdo? - zapytał prześmiewczo, kiedy próbowała zmienić pozycję na taką, która przysparzała mniej bólu. - A może przyszedł czas na skrobankę? - prychnął - Ojciec mówił, że jesteś przyszłą matką mojego rodzeństwa, że tak cię widzi - kopnął ją z całej siły w podbrzusze. Tasha splunęła krwią. Dookoła było pełno kropelek krwi. Niektóre z nich układały się w płatki kwiatów. Wyglądały jak róże na zakurzonym, zimnym i surowym betonie. Łysa żarówka mrugałą jej nad głową. Jedyne źródło światła, poza wpadającymi przez szparę w drzwiach promieniami słońca. Przed sobą dostrzegła kontury zniszczonych hantli i zaśniedziałą taflę lustra. Dobrze, że nie podnosiła wcześniej głowy. Bez sensu byłoby oglądać wszystko co jej robi. Tak przynajmniej się nie załamywała i trzymała w jednym kawałku. A teraz gra nieczysto. Próbuje ją zastraszyć, ale ona się nie boi. Nigdy się przecież nie bała. Nikogo poza Ivanovem. Niczego, poza tym, że znowu zrobi to, co poprzednim razem, jeśli ona powie nie.
- Ty chyba kurwa nie wiesz jak działa skrobanka - splunęła, pod siebie. Nie potrzebował więcej. Zaczął ją kopać, bić i przypalać jej nagie ciało rozgrzaną lufą pistoletu. Ona nie czuła już bólu, bo nawet nie próbował jej otrzeźwić, ani się opanować. Tym właśnie różnił się od swojego ojca. Ten nie miał najmniejszych skrupułów przypiąć swojej małej zabaweczki łańcuchem za kostki i nadgarstki. Nie zważał wtedy na fakt, że jest w piątym miesiącu ciąży. Nie zważał na ten fakt też, kiedy ją gwałcił, a w momencie, w którym krzyknęła, żeby przestał, bo to boli, bo zabije dziecko, dźgnął ją w brzuch nożem. I nie było już wtedy problemu, mógł dalej z nią sypiać, bo przecież to jego własność.
Młody Ivanov ryknął, uderzył ją w głowę, a ona straciła przytomność. Jeszcze trochę kopał, nie zdając sobie sprawy, że chyba wywołał mały krwotok wewnętrzny. Powstrzymał go ojciec, który wpadł do tego ciemnego pomieszczenia, złapał go za ręce i spętał mu je za plecami. Nie przejmował się zabaweczką.

Zabaweczka się złamała, świadomie lub nie. Może tego już chciała. Może miała dość bycia na zlecenia Ivanova. Może dlatego, że próba zemsty na starym nie wyszła, bo jego synalek żyje, a ona klęczy nieprzytomna, uśliniona, zhańbiona i na zakrwawionej podłodze. Może dlatego, że nigdy się nie wykupi, nawet zabijając kolejnych. I na pewno dlatego, że już zawsze będzie zabawką, dmuchaną seks-lalką Ivanova. Tylko teraz ojciec dopuści do swoich zabawek też synka, żeby poczuł co to znaczy żyć.



piątek, 16 września 2016

Rozdział 10. "...zaczęłam tak myśleć."


PRZECZYTAJCIE PROSZĘ NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM. :)



Od pamiętnego zdarzenia minęły dwa tygodnie. Nowy Jork zrobił się chłodny, na zewnątrz ludzie chodzili w płaszczach i kurtkach, a drzewa zrzucały kolorowe liście. Central Park cieszył się szczególną popularnością, jak zawsze o tej porze i, jak zawsze, kiedy się ochładzało, ruch w kafejce się zagęszczał. Carter się zmieniła. Może zmiana nie była diametralna, ale terapie grupowe i czas spędzony z Graham i jej chłopakiem dobrze jej robił. Poza tym, częstsze zakupy pozytywnie wpłynęły na jej wygląd, ale bardzo negatywnie na budżet. Nigdy nie sądziła, że tak “dziewczyńskie” zajęcie może być aż tak przyjemne. Nie mogły się nazywać przyjaciółkami, a koleżankami. Za chwilę październik i Susannah będzie tylko na pół etatu. Czy Mayi przybędzie pracy? Nie. Caroline przyjęła dwójkę nowych pracowników. Właścicielka obawiała się, że z nowo nabytą wiedzą Mayanne odejdzie. A jednak.
Suzy obsługiwała kolejnych klientów. Na przeciwko niej stanął wysoki, młody mężczyzna, o jasnych włosach i tygodniowym zaroście.
- Co podać?
- Słodkiego buziaka i małe cappuccino.
Wzięła się za robienie kawy. Ciągle czuła jego wzrok na plecach, ale ten wzrok się w nie nie wwiercał, nie drążył żadnej dziury, on je oglądał, podziwiał jak porusza się każdy mięsień pod materiałem, jak tkanina faluje przy każdym ruchu. To nie było nic nieprzyjemnego, to było naprawdę miłe. Była w centrum czyjejś uwagi, a to nie zdarzało się często.
Podała mu ciepłą filiżankę i poprosiła, by po drugą część zamówienia przyszedł później, kiedy ona będzie kończyła pracę.


Zmieniła się właśnie na kasie z nową pracownicą. Była bardzo miła. Może nie została miss stanu Nowy Jork, ani nie miała dwudziestu lat, a czterdzieści, ale z jej oczu biło takie dobro, jakie rzadko widywało się w tym świecie, w tym mieście, w tych czasach.
Susannah miała już wychodzić, kiedy zaczepiła ją roztrzepana Maya. Dzisiaj nie ubrała niczego nowego, a swoje znoszone dżinsy i wielki sweter. Włosów nawet nie przeczesała.
- Coś się stało? - zmarszczyła czoło.
- Wiesz może gdzie mieszka Alex?
Oczywiście, że wiedziała. Przecież spała z nim dzień przed poznaniem Joshuy.
- Trzydziesta czwarta ulica, kamienica na rogu bez windy, mieszkanie na ostatnim piętrze po lewej stronie.
I wyszła na spotkanie z narzeczonym.


*


Biegłam między spieszącymi ludźmi. Chyba zgubiłam mój medalik. Musiałam się upewnić czy Al go nie ma, czy nie zginął w drugiej pracy. Przez zakupy z Graham potrzebowałam dodatkowej gotówki. Terapie, papierosy, przybory do malowania - to wszystko nie kosztowało groszy. Od prawie dwóch tygodni miałam dodatkową pracę, która do przyjemnych nie należy - tańczyłam w klubie go-go. Brzydziło mnie to i nabierałam więcej obrzydzenia do własnego ciała. Najgorzej było wtedy, kiedy musiałam kręcić tyłkiem w prywatnej loży. Kazali wtedy wypinać się, mizdrzyć, dotykali. Przynajmniej dobrze płacili.
Wpadłam do kamienicy i dobijałam się do drzwi. Z przeciwnych wyjrzała sąsiadka.
- Alexandra nie ma, siedzi u rodziny od dłuższego czasu - odezwała się starsza kobieta.
- A mogłaby mi pani podać adres?
- Willa Jacksonów na peryferiach - zniknęła za progiem bez słowa.
Skąd ona wie o jego rodzinie? Przecież podobno nikomu nie mówi? No cóż, najwyraźniej nie. Nie wnikam. Wypadłam na zewnątrz i złapałam taksówkę. Dlaczego każdy wie, gdzie mieszka ta rodzina?
Dotarłam pod wielką willę, jeszcze większą, niż ta w LA. Drzwi otworzył mi dobrze zbudowany, siwiejący mężczyzna, którego kojarzyłam z wesela. Greg?
- Maya! Miło cię widzieć! Wejdź, proszę - odsunął się robiąc mi przejście.
- Ja… ja tylko na chwilę,  - zająknęłam się - do Alexa.
- Idź tym korytarzem - wskazał na lewo - i wejdź bez pukania przez ostatnie drzwi.
Tak też zrobiłam. Jakie przeżyłam zaskoczenie, kiedy zobaczyłam jak on siedzi przy czarnym, lakierowanym fortepianie i z pasją wygrywa jakąś melodię. Naprawdę piękną melodię. Kojarzyła mi się z zimą. Bardzo srogą zimną. Taką z wichurą szalejącą za oknami, z uderzającymi w nie śnieżnymi płatkami, które w takiej ilości były tak samo piękne jak niebezpieczne, a momentami ze spokojną nocą i tęsknotą.
Oparłam się o ścianę i wsłuchałam w dźwięki. Sunął tymi smukłymi pacami po czarno-białej klawiaturze, skupiając się na klawiszach. W pewnym momencie zagrał kilka niepasujących do reszty i siebie dźwięków i przerwał.
- Miło, że się przywitałaś - odezwał się do instrumentu.
Nie wierzę. On się obraził. Czy on jest obrażony na mnie?!
- Przepraszam, nie chciałam ci przerywać. To było… - nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego słowa - piękne.
- Tak. Było. Cieszę się, że ci się podobało. Było dla ciebie - odezwał się. Bez tej swojej nonszalancji, sarkazmu i rozbawienia. Powiedział to poważnie. Aż zrobiło mi się głupio, że przyszłam tu tylko po coś mojego. Potraktowałam go okropnie, ale on przecież też nie był święty. Bo nie był, prawda?
- Ja tylko… tylko chciałam zapytać czy masz mój medalik.
- Mam. Zapomniałem ci go oddać, przepraszam.
- Nie masz za co, każdemu mogło się zdarzyć - lekko wygięłam wargi w niepewnym uśmiechu.
- Wiesz dobrze, że nie za to cię przepraszam. Powinienem był Cię posłuchać, kiedy powiedziałaś, że nie chcesz, żebym wiedział tyle o tobie. Chodź.
Wstał i pociągnął mnie za sobą. Weszliśmy najpierw po schodach, a później przez korytarz, mijając zimne ściany ozdobione abstrakcyjnymi obrazami. Wnętrze świeciło pustkami. Przestąpiliśmy przez próg do ogromnej, męskiej i bardzo nowoczesnej sypialni. Na samym środku stało ogromne łóżko, a prawa ściana była przeszklona i wychodziła na ogród. Znajdował się tutaj też wielki telewizor i garderoba oraz drzwi do łazienki. Całą podłogę pokrywała kremowa wykładzina. Z podwieszonego sufitu wystawały lampy świecące ciepłym światłem. Gdzieś był barek, gdzieś sejf. Al wskazał ręką, żebym usiadła w jednym z foteli, a sam zaczął przeszukiwać szuflady komody. Wyciągnął z niej to samo pudełko, w którym trzymał wisiorek po babci. Odgarnął mi włosy i zapiął mój medalik na szyi. Musnął delikatnie moją skórę swoimi smukłymi dłońmi i przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Nie poznaję się. Zwykle dotyk w tak intymnych miejscach nie budzi we mnie miłych uczuć. Alex zaprzątał mi głowę. Może powinnam mu wyjaśnić parę rzeczy, skoro i tak zna suche fakty.
- Dziękuję - ułożyłam palce na medaliku. - Iii… przepraszam za moje zachowanie. Nie powinnam tego tak była ukrywać, ale nie ma też się czym chwalić. Jeśli chcesz… - wykręcałam nerwowo dłonie. - Bo już znasz suche fakty, to… To może…
- Oddychaj - spojrzał na mnie uspokajająco. Jego równy oddech koił. Krzepiący uśmiech też.
- Tomożejaciwszystkowytłumaczę - wymamrotałam na tyle głośno, że zdołał mnie usłyszeć. Wpatrzyłam się w niego wyczekująco. Bałam się. Może nie jego, a reakcji. Na co ja w ogóle liczę, skoro zachowuję się okropnie wobec niego. Najpierw mu nic nie mówię, potem wrzeszczę, a teraz wyskakuję jak Filip z konopi  i chcę mu wszystko tłumaczyć, wszystko to, czego dowiedział się od detektywa.
Zaczęłam nerwowo oddychać, splotłam dłonie i zaciskałam je bardzo mocno. Kłykcie mi pobielały, palce poczerwieniały, a on postanowił mnie uspokoić. Nie słowami. Stanął za mną i masował mi kark, gładził ramiona, a ja spróbowałam się odprężyć.
- To zależy od ciebie. Nie musisz.
- Znasz informacje. Pojedyncze, dotyczące mojego życia. Jakby wyciągnięte z kartoteki. Nie chcę, żebyś wziął mnie przez to za kogoś, kim nie jestem. Więc: - wzięłam głęboki oddech - mój tato zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć lat. Bardzo to przeżyłam, mama też. Ona wróciła do nałogu sprzed lat, nie potrafiła sobie inaczej poradzić z żałobą. W dniu moich siódmych urodzin się zaćpała. Miło, prawda - prychnęłam ironicznie. - Nie miałam już nikogo. Matka była z domu dziecka, a tato uciekł kiedyś od rodziny (tak mi przynajmniej powiedziano). Zabrali mnie do sierocińca. To tam zaczęłam malować. Zajmowało mnie to pomiędzy jedną godziną w oknie, a drugą przy drzwiach. Kiedy zaczęłam już przypominać kobietę, starsi chłopcy mnie molestowali, później, w wieku czternastu lat zostałam zgwałcona. Gwałcili mnie przez rok. Dopóki nie uciekłam. Z jednego piekła trafiłam do drugiego. Przygarnął mnie niejaki Alan Smith. Myślałam, że mnie kocha, tak przynajmniej twierdził. On po prostu zrobił ze mnie swoją prywatną dziwkę. Bił mnie, poniżał przed swoimi kolegami, którzy zaczęli robić to samo. Stałam się własnością ich wszystkich. Największą przyjemnością stał się mój płacz, jęki i wicie się nie z przyjemności, a z porażającego do kości bólu. Oni też mnie gwałcili, wmuszali mi narkotyki. Próbowałam się zabić, nie raz, nie dwa. On zawsze mi to udaremniał. Za każdą próbę karał, opowiadał jakim śmieciem jestem. Uważał, że jest panem mojego życia, że to on zadecyduje jak i kiedy ‘zdechnę’. Wpoił mi to tak, że wryło się w moją pamięć. Sama zaczęłam tak myśleć. Po 2 latach uciekłam od niego. Zaczęłam pracę u Caroline Carter, która okazała się właśnie być moją babką. Dowiedziała się też, że mam ciotkę niewiele starszą od twojej siostry.
Zrobiło mi się lepiej. Widziałam jak Alex zastygł, jak łapał krótkie, syczące oddechy po każdej rozjaśnionej informacji. Wiem, że jemu też ulżyło.
- Nie wiem jeszcze jednego. Skąd tak dobrze mówisz po francusku? - spróbował się wyszczerzyć w nonszalanckim uśmiechu, ale wyszedł mu jedynie krzywy grymas.
- Smith uważał, że francuska dziwka jest dużo bardziej ekskluzywna od jakiejkolwiek innej. Mówił, więc do mnie tylko w tym języku, a kiedy odpowiadałam mu po angielsku, dostawałam siarczyste policzki. Nauczyłam się, żeby oszczędzić sobie chociaż trochę bólu.
Alex usiadł naprzeciw mnie. Był zastygnięty w bezruchu. Nie potrafiłam stwierdzić czy jest wściekły, czy się nade mną lituje, bo szkoda mu skrzywdzonej przez świat dziewczynki, którą w środku jestem.
- Zabije gnoja, który ci to zrobił - tak lodowatego głosu nigdy nie słyszałam. To nie był ten Alex, którego omijałam, bo irytował. Tego omijałabym ze strachu przed nim. Ukucnął przede mną, złapał za dłonie i ucałował obie delikatnie. Łzy wściekłości skapnęły na nie po policzkach. - Obiecuję ci, że już będzie dobrze, że nikt więcej cię nie skrzywdzi.


Znalezione obrazy dla zapytania alex pettyfer crying




Szczerze? Myślałam, że opublikuję więcej rozdziałów, że nie skończę
w takim momencie, ale o dziwo spodobało mi się takie zakończenie.
Zakończenie z pokazaną miłością, a nie wypowiedzianą.
Takie nieoczywiste.
Nie będę Was przepraszała po raz kolejny, bo to robi się nudne.
Nie będę też tłumaczyła dlaczego mnie tyle nie było.
Obiecuję Wam za to, że to nie koniec mojej twórczości.
Razem z przyjaciółką pracuję już nad nową historią, tym
razem o zupełnie innej tematyce, ale
mam nadzieję, że i ta nowa przypadnie Wam do gustu.

Dodam tu zwiastun, kiedy fabuła już będzie gotowa,
a na razie - do widzenia!

poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział 9. "Wynoś się..."

"Gdzieś głębo­ko w nas jest ta­kie miej­sce, w którym kryją się wszys­tkie upar­cie skry­wane sek­re­ty i ta­jem­ni­ce . Strzeżemy go i pil­nu­jemy, bojąc się , że kiedy wyjdą one na jaw , stra­cimy maskę ,pod którą żyje­my .
Codzien­nie, kiedy wsta­je ra­no, zaglądam do sza­fy. Na półkach leżą tam różno­rod­ne mas­ki .I wiem, że nie tyl­ko ja mam taką ko­lek­cję. Pat­rzę i wy­bieram, bo wiem, że inaczej nie przet­rwam.
Jak więc mam odróżnić dob­ro od zła w świecie wśród ma­sek, których nie chcę już no­sić?! Jak poz­nać, czy człowiek , który obok mnie stoi, jest nap­rawdę dob­ry, czy to tyl­ko GRA?!"


Już tydzień po weselu. Susannah zakolegowała się z Mayą. Bardziej z inicjatywy Graham, ale ta pierwsza miała całkiem dobry wpływ na tą drugą. Mayanne już tyle nie piła, a przynajmniej starała się ograniczyć używki, już tak nie panikowała, ograniczyła kontakty z Jacksonem, dość nieznacznie. Było jej strasznie głupio po cyrku, jaki odstawiła przy jego rodzinie. Niestety, Josephine bardzo spodobała się kawiarenka Caroline i stała się tu częstym gościem, a jak nie ona to Anna.


~*~


Suzy usiadła przy jednym z brzozowych stolików. Bardzo dobrze czuła się w tym miejscu, było jasne, a wszędzie dookoła stały pęki świeżych kwiatów w fikuśnych wazonikach. W powietrzu unosił się zapach parzonej kawy, a na zapleczu mogła poczuć jeszcze kardamon, imbir czy cynamon.
Założyła obcięte włosy za ucho i ułożyła dłonie na swoim kubku.
- Maya! - zawołała. - Siadasz ze mną na przerwę?
Upiła łyk, drugi, trzeci, kolejny i tak delektowała się napojem kropla po kropli. Naprzeciwko usadowiła się Carter. Dolała sobie do herbaty czegoś z piersiówki, zamieszała i pociągnęła trochę. Westchnęła, wbijając wzrok w drzwi.
- Tęsknisz za nim - stwierdziła brązowooka od niechcenia.
- Słucham? Chyba sobie żartujesz.
- Nie patrz tak na tę ulicę, nie przejdzie tamtędy. Nie zaglądał tu od 7 dni.
- Nie tęsknie za nim - wypaliła. Zapadła chwila ciszy. Może nie tej niezręcznej, bo Maya próbowała zebrać słowa albo zastanawiała się czy może je wypowiedzieć. - I nie dziwię się, że go nie ma. Odwaliłam takie przedstawienie na weselu jego siostry, że on chyba nie chce mnie widzieć.
Susannah uśmiechnęła się i przybiła sobie w myślach piątkę. Zastanawiała się dlaczego one nie mogą rozmawiać o pogodzie, ciastkach i żelbetonie, i jak to zrobiła, że tajemnicza, niedostępna Maya się do niej odzywa, i otwiera przed nią.
Ugryzła ciastko, które leżało na talerzyku. Jej życie jednak było świetne. Dostała się na psychologię, ma niezłą pracę, fantastycznych przyjaciół i niesamowitego narzeczonego. A teraz przekonuje do siebie aspołeczną dziewczynę, chociaż większość zasług nie leży po jej stronie, a po stronie tego dupka - Jacksona. To on spotkał ją na dachu, dorobił sobie klucze do jej mieszkania i przyzwyczaił do swojej obecności.
Wyrwała się z letargu.
- To ona ma siostrę? Jaki cyrk? - Graham zmarszczyła brwi.
- Nawet dwie - Josephine i Sophię. A cyrk? Pijana wybiegłam z płaczem po plaży, bo jego matka nazwała mnie dziwką. Tak w wielkim skrócie.
- Okeej… - skończyła swoją herbatę i ciastko, tym samym kończąc przerwę. - Chodź, bo Caroline będzie zaraz ciskać kedavrami.
- Wyluzuj z tym Potterem - odpowiedziała jej koleżanka z ustami na kubku. Graham uniosła dłonie w poddańczym geście. Stanęła za ladą i zaczęła coś skrobać w zeszycie. Zastanawiała ją bardzo przeszłość Mayi.
- Mam… mam… - Carter stanęła naprzeciwko i wbiła w brunetkę pytające spojrzenie, marszcząc brwi. - Mam dość prywatne pytanie - wypowiedziała na jednym wydechu, ale nie zdążyła się nic dowiedzieć, bo dzwonek nad drzwiami zabrzmiał, a do środka wszedł nie kto inny, a Alex. Usadowił się na kanapie i pstryknął na Graham. Ona zgarnęła pierwszą lepszą szmatkę i rzuciła nią w chłopaka. W rezultacie oberwał mokrą ścierą. Kiedy poczuł to na sobie, zrobiła tak śmieszną minę, że można by ją wspominać całymi latami. Zmarszczył brwi i nos, zmrużył oczy i wygiął usta w zabawnym grymasie. Młodsza kelnerka dławiła się ze śmiechu. Jackson wstał i podszedł do lady. Cały aż trząsł się ze złości.
- Chyba coś zgubiłaś - strząsnął z głowy kawałek materiału. - Duże americano i zawołaj Maykę, czekam przy stoliku - warknął.
Zostawił pieniądze i rozsiadł się na jednym z pluszowych foteli. Postąpił jak Jo. Brakowało tylko, żeby wywracał oczami. Carter przyniosła mu ciepłą kawę. Jak dla niego wyglądała świetnie. Nie, nie kawa, Maya. Nie zrobiła nic szczególnego, spięła włosy w kok, by nie leciały jej do oczu, na twarzy nie miała ani grama makijażu, a ubrana była w kolorową koszulę, tak odbiegającą od tego, co zazwyczaj nosiła, i ciemne jeansy. Jednak nie zdziwił się, kiedy zobaczył na jej nogach szare, znoszone trampki.
- Usiądź, proszę - skinął na siedzenie po drugiej stronie stolika. Posłusznie spełniła prośbę. Co prawda, miała pracę, ale ruch był niewielki i Suzy mogła sobie spokojnie poradzić ze wszystkim, a Caroline zależało tylko na tym, by obsłużono wszystkich. - Ładnie wyglądasz - uśmiechnął się czarująco.
- Dzięki. Już? Chciałeś pochwalić mój wygląd. Mogę iść? Mam pracę.
- Zostań. Nie wiedziałem, że mówisz po francusku - odniósł się do poprzednich wydarzeń. Zarumieniła się na te wspomnienia, nie chciała ich pamiętać.
- Wiele o mnie nie wiesz. Mam ci się tłumaczyć z tego, co umiem?
- Zejdź ze mnie.
- Od początku nie chciałam ci nic o sobie mówić, nawet się nie znamy - uniosła ręce, impulsywnie gestykulując.
- Uspokój się. Wiem o tobie więcej, niż sądzisz, więcej, niż chciałabyś, żebym wiedział. Wiem wszystko - sięgnął za pazuchę i wyciągnął otwartą kopertę zwiniętą w rulon. Rzucił to na blat. - Dlaczego nie powiedziałaś mi, że cię molestowali, że jesteś z domu dziecka? O Alanie? - głos mu się załamywał z każdą wyliczoną rzeczą. - Dlaczego? - prawie wyszeptał. Chciał byś wściekły, chciał jej wyrzucić wszystkie sekrety, chciał na nią krzyczeć, wrzeszczeć, ale nie wyszło. Znał suche fakty. Wiedział, że została niejednokrotnie zgwałcona, była molestowana, bita, że jej rodzice nie żyją, że jej matka miała problemy psychiczne, a ojciec uciekł z zamożnej rodziny, że ma babkę, ciotkę i kuzyna. Znał więcej tych suchych faktów, niż ona sama.
- Jak mogłeś? - wyszeptała. - Jak mogłeś?! - pisnęła zachrypnięta. - Odpowiedz! - podniosła całkowicie głos.
- Ja… przepraszam… - szeptał, wbijając wzrok w jej załzawione oczy. Niebieskie tęczówki dziewczyny, tak przypominające mu bezchmurne niebo na przedmieściach, były coraz bliżej niego. Łzy spłynęły jej po policzkach.
- Wyjdź! Zniszcz to! I się wynoś.
Uciekła na zaplecze. Jackson wstał i wyszedł za nią. Nie znalazł Mayi. Zapukał do drzwi z tabliczką “biuro”.
- Pani Carter? Pani Carter, czy mógłbym to zniszczyć?
- Zostaw to. Zniszczę to później.
Zostawił papiery i pojechał do Josie.


~*~


Samolot właśnie wylądował. Krótki telefon do panny McDonald i Alex już siedział w taksówce. Jechał ulicami Los Angeles. Mijał drogie restauracje, w których jadał z rodziną, ekskluzywne hotele i markowe butiki Chanel, Prady, Yves Saint Laurent i wielu innych projektantów.
Wszedł do hotelu Hilton. Ich ulubiony, najlepszy, klasyczny, elegancki. Lobby było długie i wysokie, a sklepienie podtrzymywały pozłacane kolumny w stylu jońskim. Przez środek kremowej, marmurowej posadzki przechodził aksamitny, burgundowy dywan. Na lewo od ogromnych, kryształowych drzwi wejściowych znajdowała się portiernia, za której ladą stało pięć osób w eleganckich, bordowych uniformach. Naprzeciw, na marmurowej ścianie, były szklane wejścia do wind. Po prawej przejście na siłownię, do palmiarni, do spa i na kompleks basenów.
Jackson wszedł do jednej z wind, żeby wysiąść na najwyższym piętrze. Wybrał drzwi z zawieszką nie przeszkadzać i niepostrzeżenie wemknął się do środka. Apartament wydawał się wyjątkowo pusty i cichy, chociaż dało się słyszeć skrzypienie i podmuchy wiatru z otwartych okien. Przestąpił wgłąb mieszkania. Już tu dźwięki stawały się coraz głośniejsze. Odwrócił się w stronę otwartych drzwi i zamarł. Ulubione, koronkowe bokserki Josie od Victoria’s Secret leżały przy framudze. Zamrugał, otworzył i zamknął usta, i powtórzył tę czynność parę razy. Na łóżku leżała Jo, a jakiś fagas obcałowywał jej jędrne piersi, jednocześnie poruszając rytmicznie biodrami. Z jej ust wydobywały się krótkie, coraz głośniejsze jęki, a jej drobne palce tonęły w jego włosach.
Przez moment zastanawiał się czy wypada im przeszkadzać, ale w końcu ryknął:
- Jo! Ubieraj się!
Kochankowie zastygli w bezruchu. Al wkroczył do pomieszczenia i złapał absztyfikanta siostry za kark. - Wynocha, dokończysz sam w domu. Zbieraj swoje szmaty - rzucił Jacksonównie pierwszą lepszą kieckę, wyszedł na balkon i wyciągnął fajki. Porządnie zaciągnął się za pierwszym razem.
- To nie było miłe - Jo, owinięta w prześcieradło, wyrwała mu papierosa i wsadziła sobie do ust.
- To też nie - warknął. - Sądziłem, że jesteś dziewicą.
- Pobożne życzenie - wypuściła dym z płuc. - Miałam prawie piętnaście lat, kiedy rozdziewiczył mnie twój ówczesny przyjaciel. Melo Anthony. Teraz świetnie gra w kosza.
- Co, proszę?! - przeczesał palcami włosy, mocno ciągnąc za ich końce. - A ja go tak broniłem przed ojcem, kiedy ten go oskarżał. Przecież on jest pięć lat starszy ode mnie!
- Ale za to jaki był świetny w łóżku… - wyszczerzyła się złośliwie.
- Przestań, nie chcę wiedzieć nic więcej.
- I to nie był jednorazowy wyskok - przygryzła wargę, obserwując jak Al kręci głową z dezaprobatą. Czuł się tak fatalnie, kiedy jego młodsza siostra opowiadała mu o swoich łóżkowych przygodach, żeby zrobić mu na złość, oczywiście.
- Nie pal… - zgasiła peta i wrzuciła go do pełnej popielniczki. - Ty to wypaliłaś? - uniósł brwi, marszcząc czoło.
- Życie jest bardzo stresujące…
- Idź się ubrać, chciałem pogadać - zmrużył oczy.
- Uuuu… braciszek ma problemy i dlatego przerywa mi pasjonujący i niezwykle przyjemny seks bez zobowiązań. Patrz, tak trochę po twojemu, powinieneś być ze mnie dumny…
- Nie powiedziałaś tego - warknął. Wszedł do środka i usadowił się na jednej z kanap w stylu Ludwika XVI. Cale wnętrze było tak urządzone - elegancko i ze smakiem. Zawsze cieszył go ten widok, mimo że nie znosił sławy, przepychu i arystokracji. Ale przecież można wypoczywać w luksusach nie będąc sławnym , czyż nie? Upajał się widokiem pięknych obrazów i drogich tkanin na ścianach.
Jo stanęła przed nim i wyciągnęła kieliszek pełen wina w jego stronę.
- Twoje ulubione, rocznik 1900 - z chęcią sięgnął po czaszę. Przypomniała mu się Maya. Ona też, tak jak Jo, nalewała do pełna. Dlaczego? Bo po co napełniać kilka razy, skoro możesz raz, a porządnie. Albo też, jak robiła Jacksonówna, wypić więcej, gdy inni wypiją mniej.
- Już się tak nie dąsaj - wywinęła dolną wargę i zrobiła oczy kota ze Shreka. Zawsze tak udawała skruszoną. Wszyscy zaczynali się śmiać i po złym humorze. Tak było i teraz. Na usta Alexa wkradł się uśmiech. Chłopak poprawił poduszkę pod plecami i wypił to, co dostał od siostry.
- Czego ja jeszcze o tobie nie wiem? - zmierzwił jej włosy.
- Z Wittmore’m łączy mnie tylko seks i głupi układ, palę, piję, czasem ćpam, klnę jak szewc, a ta pieprzona etykieta się mnie tu nie trzyma. Żyć, nie umierać - błysnęła białym uśmiechem.
- Siostróś…
- Mówisz do mnie jak do dziecka, a ja jestem tylko o rok młodsza. Opowiadaj.

~*~

Emma Carter spacerowała ulicami Waszyngtonu. Była już naprawdę zmęczona. Ledwo wyrabiała się z obowiązkami w pracy, a wcale nie miała ich tak wiele jak jej współpracownicy. Ale czego innego mogła się spodziewać po pracy w rządzie? Tego zawsze chciała, to właśnie było jej marzeniem, które się spełniało. Tyle co skończyła studia na prestiżowej uczelni, z wyróżnieniem, oczywiście. Miała małe problemy, właściwie jeden problem, a mianowicie dziecko. Zabalowała z jakimś facetem i wpadła. Jego więcej nie widziała, a jak tu studiować, robić karierę zawodową z dodatkowym balastem? Oddała go do domu dziecka już siedem miesięcy temu. Dokładnie osiem miesięcy temu, zaraz po porodzie. Niby taka wielce zapracowana, a dawała radę odwiedzać go regularnie w sierocińcu, kiedy tylko miała wolną chwilę. Z każdym dniem coraz mocniej kochała tego chłopca.
Teraz też udało jej się znaleźć pół godziny. Przestąpiła przez próg poznaczonego przez czas budynku. Wszyscy miło ją powitali i od razu wskazali drzwi, za którymi znajdował się Claude. Może zastanawiacie się dlaczego nie użyłam słowa synek, syn - odpowiedź jest prosta, ona nie potrafiła się zmusić, żeby go tak nazywać.
Uklękła przed kojcem, w którym leżał, ciężko było jej się nie uśmiechać na jego widok, właściwie nie tylko jej. Poruszał rączką wpatrzony w grzechotkę, którą trzymał, jak w obrazek. Jego czekoladowe tęczówki błyszczały, a przydługie, brązowe włoski opadały na czoło.
Emma obejrzała się przez ramię, żeby upewnić się czy może go wziąć na ręce. Złapała go pod pachy i ułożyła sobie na piersi. Zanuciła swoją ulubioną kołysankę, ale on nie chciał spać, śmiał się, cieszył, że ktoś się nim interesuje bardziej, niż zazwyczaj. Było tu tyle dzieci, że nie sposób wszystkim śpiewać. Tak szczęśliwa Em spacerowała z nim po miękkim dywanie sali.
- Panno Carter? - czyjś głos wyrwał ją z letargu. To już koniec wizyty, oddała Claude’a i wyszła przed budynek.
- Emma Carter? - usłyszała przed sobą. Ubrana na ciemno dziewczyna w szarych, zniszczonych trampkach stała pewnie na schodach. Emma skinęła potakująco głową. - Pani Caroline Carter prosiła, żebym z panią jechała do Nowego Jorku.
- Co mama ode mnie chce?
- Nie wiem - wzruszyła ramionami - tu są bilety - poprawiła plecak. - Jestem Maya - wypaliła - Maya Carter.
Brunetka nie mogła być wiele starsza od domniemanej córki jej brata. Ale tamta miała na imię Anne i była bardzo podobna do swojej matki - o ciemnych włosach, bladej skórze i malinowych ustach, które tamta zawsze mocno malowała.
- O której mamy lot? Jest piąta po południu - stwierdziła po spojrzeniu na zegarek.
- Za godzinę.
- Pojedziemy mnie spakować i jedziemy na lotnisko. Po drodze możemy wstąpić po jakąś kanapkę na wynos do fast fooda - uśmiechnęła się. To było bardzo w stylu jej matki. Przysłać kogoś po nią, żeby się upewnić, że przyjedzie wtedy, kiedy ona chce. - Umieram z głodu.
Tak też zrobiły. W trakcie jazdy i pobytu na lotnisku Maya cały czas popijała ze swojej piersiówki, a kiedy jej się skończyło dolewała z plastikowej butelki, którą schowała w plecaku. Wylądowały na lotnisku niedaleko hotelu, do którego miały się udać. Brunetkę cały czas zastanawiało po co ona w tym całym bajzlu. Przestąpiły próg i ruszyły do jednego z pokoi o średnim standardzie.
- Ty nie masz problemu z alkoholem? - Emma zagadała Mayanne tuż przed wejściem.
- Może trochę - zbyła ją i pchnęła drzwi. Na błękitnym, pluszowym fotelu siedziała Caroline w jednym ze swoich futer. - To ja już pójdę - zaproponowała najmłodsza z obecnych.
- Nie - warknęła wdowa, a kobiety usiadły. Młodsza skuliła się i postanowiła nie wtrącać.
- Czego chciałaś. mamo? Po co ci tu jestem?
- Chciałam, żebyś poznała swoją bratanicę - rzuciła żółtą kopertę na blat stolika ze sklejki. Na papier naklejono biały prostokąt, a na nim wytłoczono czarnymi, równymi literami “MAYANNE CARTER”
- Znalazłaś ją? Mój Claude ma kuzynkę?
- Tak. Nawet nie wiedziałam jak blisko jest. A co do tego dzieciaka, nie zapominaj, że on już nie jest twój. Oddałaś go ponad pół roku temu, żeby rozwijać karierę.
- Przestań - pisnęła. - Kim jest Anne?
- Konkretniej Mayanne. Siedzi obok ciebie i udaje, że jej nie ma.
I to ożywiło brunetkę. Ale skąd? Skąd ona wie? I co to ma znaczyć, że jest bratanicą Emmy? Teraz w bezdusznej Caroline obudziły się babcine instynkty? Pospieszyła się. Szkoda, że nie szukała sobie wnuczki, kiedy ta była w sierocińcu.
- To są jakieś żarty, prawda? - oburzyła się Maya.
- Carter, ostrzegam cię, uspokój się - syknęła Caroline.
- Bo co mi pani zrobi? A może powinnam powiedzieć babciu? Gdzie byłyście kiedy moja matka umarła? Raczyłyście się pojawić na pogrzebie?
- Bardzo mi przykro - odezwała się Bogu ducha winna Emma - co u Patricka?
- Nie wiem. Możesz sama zapytać. Tylko nie jestem pewna czy cokolwiek ci odpowie. Od czternastu lat gnije w grobie. Na jego pogrzebie też was nie było. A gdzie byłyście kiedy całymi godzinami siedziałam w oknie sierocińca, mając okruchy nadziei na to, że jednak mam jakąś rodzinę? I teraz nagle was olśniło, że jesteśmy spokrewnione? Możecie chociaż coś powiedzieć na mój temat? Na wasz temat? - mówiła z mieszanymi uczuciami.
- Jesteśmy z Waszyngtonu. Twój dziadek był zamożnym człowiekiem, zmarł, kiedy Em była malutka. Twój ojciec poznał Twoją matkę w domu publicznym i się zakochał. Nie rozumiem jak można kochać dziwkę… Byłam przeciwna temu małżeństwu. On powiedział, że jej nie zostawi, że ją kocha i chce mieć z nią dzieci. Więcej go nie widziałam. Raz wysłał Emmie twoje zdjęcie, a ona była tylko dzieckiem, pokazała mi zdjęcie, a kopertę wyrzuciła.
- Kochałam tatę ponad życie - wyszeptała - był wspaniały.
- Wybaczysz nam? - zapytała z nadzieją dwudziestoparolatka.
- I co jeszcze? Do zobaczenia jutro w pracy, pani Carter - wstała i wyszła






Prawie na czas. 
Strasznie ciężko jest wrócić do regularności, 
ale mam nadzieje, że z kolejnymi rozdziałami się uda. :)
Jak zawsze proszę o Wasze opinie w komentarzach.